Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koniec Niczego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koniec Niczego. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 marca 2016

"Koniec Niczego" Dzień 5

Koniec Niczego


            Mimo że to dzień naszego końca. Byłem gotowy. Otworzyłem drzwi i wyszedłem na puste ulice. Rozejrzałem się dookoła, a po chwili moja towarzyszka do mnie dołączyła. Spojrzeliśmy na wschód, siadając na wysuszonej drodze. Czekaliśmy kilka godzin, czekając na śmierć. Ale nic się nie stało. Patrzyliśmy ciągle, nie mogąc w to uwierzyć.

"Koniec Niczego" Dzień 4

Zamknięci

Długo siedzieliśmy zamknięci, mogę śmiało powiedzieć że minął cały dzień. W miasteczku pośród niczego panował początkowo gwar. Zauważyłem że ludzie uciekali za zachód. Wozami, czasami sami bez pojazdów i zwierząt. Rodziny, kobiety, dzieci. I tylko my tu zostaliśmy, w pustce opuszczonej wioski. Gdzie ujadanie psów nawet się skończyło. Zwierzęta jakby uciekły, lub zamilkł czekając na koniec. Ale nie przeszkadzało to nam. Ta dziewczyna którą uratowałem okazała się świetną towarzyszką. Chciała mi podać swoje imię, ale się na to nie zgodziłem. Stwierdziłem że jest lepiej jak ja nie znam jej, a ona mojego.

Zabarykadowałem drzwi i okno by wielu co pozostało przestało się dobijać. Dziewczyna zgodziła się na zamknięcie ze mną. Nie powiem, to mnie ucieszyło. Dzień przed śmiercią zawsze miło porozmawiać z kimś o nie lada urodzie. Blondynka o niebieskich oczach była naprawdę miła. Mimo braku jedzenia, spokojnie razem mogliśmy dotrwać do końca.

Mam dwadzieścia wiosen. Jutro umieram. Chce żyć.

"Koniec Niczego" Dzień 3

Życie

            Dawno się tak nie upiłem. Wstałem na kacu z ogromnym bólem głowy. Wyjrzałem przez okno, widząc zataczające się masy mężczyzn i kobiet. Byli pijani zapewne jak ja wczoraj. Płakali, jęczeli, leżeli, nie mogąc pogodzić się z końcem. A ja mogę? Trzeba się pogodzić. Wiem o tym, ale nie mogę tego zrobić. Nie mogę zrozumieć że pojutrze ma być koniec. Ktoś uderzył o moje drzwi. Otworzyłem je niechętnie, a przed nimi był mój sąsiad. Stary mężczyzna z długimi siwymi włosami.
            - Dzień dobry. – uśmiechnął się do mnie.
            - Nie wiem czemu miał by być dobry. – przywarłem twarzą od mojej dłoni.
            - Słońce świeci, ptaszki śpiewają. Mamy piękny letni dzień. – prychnąłem ze śmiechu, na co zareagował zdziwieniem.
            - A po jutrze jest koniec świata. – odpowiedziałem po chwili.
            - I co z tego sąsiedzie? Czy to że ma nastąpić koniec oznacza że dzisiejszy dzień nie jest piękny? – Jest wyjątkowo spokojny, ale przecież on swoje życie już przeżył, ja jeszcze nie.
            - Łatwo ci mówić prawda?
            - Łatwo albo trudno. – westchnął. – Jestem starcem który postanawia wyruszyć. Czy zechcesz mi towarzyszyć?
            - Wyruszyć, ale gdzie ty chcesz jechać?
            - Opat mówił że ze wschodu idzie śmierć. Więc na zachód.
            - I co, będziesz uciekać od śmierci? Spróbujesz oszukać Boga i Diabła? – warknąłem. – I co ci to da? Kilka dni więcej życia!?
            - Może to, może sens życia, a może znajdę tam tylko śmierć? Nie wiem, ale nie chce tutaj siedzieć. Ty chyba też.
            - Nie staruszku… ja zostaje tutaj.
Posmutniał, ale poklepał mnie po ramieniu
            - Rozumiem. Ale pamiętaj, nie smuć się. Trzeba żyć…
            - Ta… - zamknąłem mu drzwi przed nosem. Nadal łatwo mu mówić, „trzeba żyć” a sam ucieka. Tchórz. Stary tchórz. Jak on mi może mówić. Że „trzeba żyć”! Parszywy drań.
            Nie chce wychodzić z chaty. Nie chce widzieć ludzi. Nie chce nic robić. Mamy koniec świata, po co mam żyć? Leżałem tak długi czas. Nie zważałem na krzyki, jęki i różne pijackie odgłosy które dochodziły z ulicy. Nic nie jadłem już kolejny dzień. Po co miałem to robić? I tak umrę, głód to nic przy tym.

            Z mojego pustego transu obudził mnie płaczliwy krzyk. Błaganie o pomoc. Pomyślałem że to kolejne błaganie do Boga by nam przebaczył. Ale nie, to było coś innego. Wybiegłem z chaty i ruszyłem czym prędzej za nią. Nie spodziewałem się zobaczyć czegoś takiego. Na ziemi leżała dziewczyna z zarzuconą sukienką, albo jej resztkami na twarzy, a nad nią stało czterech mężczyzn. Wiedziałem co chcą zrobić. Nawet jeśli umrę dziś, jutro albo pojutrze, musiałem to zrobić.

            Podniosłem jakieś widły leżące nieopodal i podbiegłem od oprawców. Uderzyłem kijem tego najbliższego kobiecych miejsc mężczyznę. Udało mi się go zrzucić, ale reszta rzuciła się ku mnie. Ich chłopskie brudne ręce przycisnęły mnie do ziemi, ale miałem jedną przewagę. Oni wydawali się być pijani. Uderzyłem jednego z moich przeciwników w brzuch, a drugiego zrzuciłem z łatwością na bok.  Złapałem dziewczynę za rękę i pociągnąłem do siebie. Nie pamiętam jak długo to trwało. W ułamku sekund znaleźliśmy się w mojej chacie, siedząc pod drzwiami. Czekając aż pijani odejdą.


            Czy to miał na myśli staruszek gdy powiedział że trzeba żyć? Mam dwadzieścia wiosen, nie mam rodziców, nie mam żony, nie mam dzieci. Zostało mi dwa dni życia. Nie chce umierać. Chce żyć.

"Koniec Niczego" Dzień 2

Strach

            Obudziłem się, mając nadzieje że to tylko koszmar. Że nie ma apokalipsy. Że to tylko sen po piwie w karczmie. Wyjrzałem przez okno. Nie wierzyłem temu co widzę, kilkadziesiąt osób klęczało przed karczmą, jakby to był ich ratunek. Do moich uszu dobiegły modły odprawiane po łacinie. Nie rozumiałem tego języka. Był przeznaczony dla mądrych i oddanych bogu ludzi, nie dla syna strażnika i chłopki. Stwierdziłem że lepiej puki co nie wychodzić z chaty, poczekam aż trochę się uspokoi. Znów skuliłem się pod drzwiami, z nerwów obgryzając swoje paznokcie.

            Po jakimś czasie, może długim, może krótkim, nie potrafiłem ocenić, z karczmy wyszedł opat wraz ze swoim zakonem. Dowiedziałem się o tym, gdy modły zrobiły się głośniejsze, a ja sam wyjrzałem przez okno. Szli pomiędzy wszystkimi modląc się, i paląc różnymi kadzidłami. Nie mieliśmy kościoła w naszej miejscowości więc tutaj odprawiali nabożeństwo. Westchnąłem widząc że dużo ludzi idzie za nimi. Pewnie do kolejnej miejscowości. Otworzyłem drzwi i wyszedłem na ulice. W naszej wiosce pośrodku niczego ostało się około dziewięćdziesięciu mieszkańców, z ponad stu osiemdziesięciu. Nie wiele nas było, raptem połowa. Ci ludzie chętnie opuścili bliskich, przyjaciół i swój dobytek by wraz z mnichami błagać boga o zbawienie. Mimo że nie miałem tutaj niczego, nie odważył bym się iść razem z nimi. Przeżegnałem się na wszelki wypadek. Może mi to w czymś pomoże? Przygryzłem sobie wargę, próbując opanować drganie szczęki.

            Ludzie którzy zostali, wyglądali na przygnębionych. Siedzieli na ulicy, pod domami z wyrazem strachu w oczach. Wiadomość chyba rozniosła się po wszystkich domach. Dostrzegłem grupę dzieci wałęsających się od domu, do domu. Tylko oni chyba nie wiedzieli o tym co się dzieje. Przygnębione miny ich rodzicieli musiały być wyjątkowo dołujące, ale nadal się uśmiechały. Najbardziej niewinni w naszej miejscowości pośrodku niczego.

            Mimo że nic jeszcze nie zrobiłem, czułem się zmęczony. Może to przez ten nadchodzący koniec? Nie wiem i nie chce o tym wiedzieć, co więcej o tym myśleć.  Wszedłem do karczmy, gdzie jeszcze kilka osób leżało krzyżem na podłodze. Siadłem naprzeciwko karczmarza i kładąc od razu kilka monet poprosiłem o piwo.

            Nie wiem ile piłem, nie wiem dlaczego. Zapić strach? Może smutek? Nie pamiętam. Pamiętam tylko że pijany wróciłem do chaty i zasnąłem w niej. Zostało nam trzy dni życia.



sobota, 12 marca 2016

"Koniec Niczego" Dzień 1

Lęk

            Siedziałem spokojnie w karczmie, słuchając tego samego co wszyscy. Jednak, na minach innych słuchaczy malowały się nerwowe uśmiechy. Można było słyszeć komentarze niedowierzania. Czy to możliwe że do naszej małej miejscowości pomiędzy niczym zmierza zagłada? Czy zobaczymy już tu za niedługo hordy nieumarłych? Niszczący ogień pochodzący z czeluści piekieł? A może legiony wrogiego królestwa? Nikt nie wiedział o czym mówił nasz tajemniczy gość. Nikt by nie wierzył w to co opowiada, gdyby nie jedna rzecz. Ten który przyniósł nam wieści o apokalipsy jest… opat. Kilka godzin do naszej wioski przybyła grupa mnichów z nim na czele. To było coś koszmarnego, kiedy zaczął opowiadać o końcu naszych dni na tym świecie. O potężnych siłach zła zmierzających w naszą stronę.
            - Niemożliwe! – wołali farmerzy jakich wielu tutaj. Część osób zaczynało popadać w stany nerwowe, zrywali sobie czapki z głów i padali na kolana przed zakonnikami. Błagali by ich ratował, by przebłagał boga. Jednak on nie miał jak im pomóc. Mimo wszystkiego był tylko człowiekiem. Wyróżnionym spośród innych, ale nadal człowiekiem. On nie miał jak nam pomóc, tylko my mogliśmy to zrobić.
            - Gdybyś nie pieprzył wszystkiego nie było by takiego problemu! Bóg by nas nie pokarał! – zaczął krzyczeć jeden pastuch do drugiego.
            - To nie moja wina! – bronił się ten oskarżany.
            - To wina grzeszników którzy odebrali nam Jerozolimę! – warknął karczmarz, uderzając pięścią o blat swojej lady. Znów zaczęły się głośne rozmowy, gdzie każdy uważał się za człowieka bez grzechu, a wina kary boskiej nie jest przez nich a najpewniej przez wszystkich innych.

            Tylko ja siedziałem cicho pośród wszystkich głosów. Próbowałem wszystko sobie poukładać w głowie. Ciężko mi było uwierzyć w koniec. Nawet jeśli bliski to czemu? Bóg postanowił zniszczyć swoich wyznawców? Czemu on chce się nas pozbyć? Przez nasze grzechy? Przez stracenie miejsca gdzie zginął jego syn? To było bez sensu. Drżącymi rękoma wyjąłem parę monet i zapłaciłem karczmarzowi za trunek. Wychodząc usłyszałem kilka słów opata.
            - Został nam cztery dni życia! Ale nie odwracajmy się od pana naszego! – Zamknąłem drzwi. To za dużo jak dla mnie. Obejrzałem się po ulicy, wyschnięta ziemna dróżka pomiędzy chatami mieszkańców. Wokół przechadzały się kobiety które w czasie lata nie miały dużo do roboty. Wraz z nimi można było dostrzec dzieci, najniewinniejsze ze wszystkich person jakie były w tym mieście, pośrodku niczego.

            Skryłem się w mojej chacie, skuliłem w kłębek i cicho łkając okryłem się cienkim kocem. Mam dwadzieścia wiosen, nie mam rodziców, nie mam żony, nie mam dzieci. Zostało mi cztery dni życia. Nie chce umierać.