Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojna Rodziny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojna Rodziny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

"Wojna Rodziny" Rozdział II

"Wojna Rodziny" Rozdział II

         Książe Ulf zbliżał się do stolicy, zbudowanej od podstaw przez Ocariana, po ostatecznym pokonaniu wojsk Nazira. Miasto było potężne, posiadało ogromny ceglany mur, otaczający całe miasto, oraz posiadał dwa dodatkowe pierścienie murów w środku. W pierwszym pierścieniu znajdowało się dolne miasto, największe, najbardziej żywe miejsce w całej stolicy. Jednak w budynkach nie było różnorodności. Były to bliźniaczo podobne kamienice posiadające dwa piętra. Jedyną różnicą w budynkach były ogromne budynki baraków straży miejskiej, i mniejsze wieże nazywane posterunkami. Drugi pierścień to było tak zwane górne miasto, tam rezydencję, sklepy jak i wstęp posiadali jedynie obywatele miasta. Jednak by tam mieszkać pozwalali sobie tylko najbogatsi. Budynki były różne, od trzy piętrowych kamienic, po osobne rezydencję z ogrodami. Tu też wyróżniały się baraki straży miejskiej, jak i baraki gwardii królewskiej. Co występowały również wieże posterunkowe, ale znacznie w mniejszych ilościach. Ostatni pierścień, był miejscem gdzie stał pałac królewski i kolejne koszary gwardii. Stolica była wzorem do odwzorowania w mieście Ulfa. Mimo kilku różnic książę był zadowolony z swojej pracy. Wierzył że ojciec w końcu doceni jego prace.

         Po drodze jednak coś zmusiło go by zatrzymał swojego konia, a po nim tak samo postąpili jego ludzie. Książe spojrzał na drogę, na której stał wóz a na około niego sześciu jeźdźców. Dopiero po przyjrzeniu się, w drewnianym pojeździe było jeszcze czterech ludzi z kuszami.
         - Wybacz książę… - odezwał się mężczyzna wyglądający na lidera bandy. Postawnej budowy mężczyzna, o rudych, krótkich włosach. Z twarzy nie różnił się od obywatela górnego pierścienia, zadbany, schludny. Ubrany w zwykłe zdobione szaty. Ale reszta przypominała grupę barbarzyńców, czarno włosi, brodaci. Jedyne ubrania to pozszywane skóry tworzące „zbroje”. - … niestety nie możemy cię puścić dalej.
         - Dlaczego tak? – zapytał Ulf, spoglądając na wyposażenie ludzi blokujących mu drogę. Rudowłosy miał pochwę z mieczem, kiedy reszta jeźdźców trzymała przywiązane sznurami topory. Kusznicy mieli nałożone bełty, ale nawet nie celowali w jego stronę. „cholera, mają przewagę” pomyślał. Wiedział że walka może źle się skończyć dla niego, albo jego czterech ludzi.
         - Niestety, gdybym księciu powiedział, to musiał bym księcia zabić.
Blondyn wyciągnął miecz, tak samo jak jego pięciu ludzi. Barbarzyńcy nie czekali długo, i jako odpowiedź sięgnęli po swoje topory. Twarz rudego mężczyzna zmieniła swój wyraz z uśmiechu na lekko wystraszony.
         - Zejdźcie mi z drogi, albo wszyscy pożegnacie się z życiem! – krzyknął blondyn, obserwując napastników. Nawet się nie ruszyli. – Sami tego chcieliście. Żołnierze! Pokażmy im wyszkolenie rodem z Karonel!

         Ulf pognał konia jadąc na czele swoich ludzi. Kusznicy wycelowali i wystrzelili. Cztery bełty minęły księcia. Pocisk przebił hełm jednego z jeźdźców blondyna. Jego ciało bezwładnie spadło z konia. Kolejny rycerz poczuł wrogi bełt w swoim ramieniu, ale szybko drugą ręką go złamał. Na jego szczęście pocisk nie wbił się nawet w połowie. Reszta pocisków nawet nie trafiła ludzi Ulfa. Barbarzyńcy ruszyli w tym momencie. Książę dostrzegł najbliższego przeciwnika, widział że szykuje się do uderzenia toporem. Podniósł się i gdy był wystarczająco blisko rzucił się na przeciwnika, zrzucając go z konia. Upadli głośno na ziemie, wytrącając bronie z ich rąk. Ulf usiadł na brzuchu barbarzyńcy i zaczął uderzać go pięściami w twarz. Mężczyzna bezwładnie próbował walczyć. Jeden z jego ciosów był tak silny że łuk brwiowy księcia został poważnie uszkodzony, a z rany sączyła się krew. Blondyn po tym uderzeniu odleciał do tyłu. Barbarzyńca wstał i rzucił się na swojego przeciwnika. Jednak książę dostrzegł leżący obok miecz. Przeturlał się do niego i gdy czarnowłosy miał go zaatakować, szybko chwycił broń i przebił mężczyźnie brzuch. Ciało barbarzyńcy bezwładnie  opadło Ulfa, który je odrzucił na bok. Stanął i rozejrzał się. Zauważył że jego rycerzy dobrze sobie radzą. Kolejny wrogi im mężczyzna spadł z konia, przecięty mieczem rannego rycerza. Ulf wiedział o największym niebezpieczeństwie, kusznikach, którzy byli prawie gotowi do strzału. Ruszył biegiem w ich stronę, widząc że blokuje je tylko rudowłosy na koniu. Obejrzał się jeszcze do tyłu, jeden z jego ludzi padał na ziemie, z wbitym toporem w głowę, jego oprawca szybko został przecięty mieczem. Zostało trzech rycerzy Ulfa i dwóch barbarzyńców. Książe wrócił wzrokiem na rudowłosego, który ruszył w jego stronę. To nie był najlepszy znak. Jeździec wziął zamach i zaatakował. Książe z trudem odbił miecz wroga swoim. Rudowłosy ruszył dalej, kiedy blondyn nie przestawał biec w stronę strzelców. Dowódca bandy zawrócił i ruszył za księciem. Ulf odskoczył w ostatniej chwili, unikając ciosu przeciwnika. Mężczyzna od razu musiał zatrzymać konia, by nie uderzyć w wóz. Książę gdy odzyskał równowagę szybko złapał się wozu i podciągnął się w górę. Gdy stanął na brzegu skoczył na jednego z kuszników, wbijając mu miecz w tors. Dwóch pozostałych rzuciło kusze i wyciągnęło toporki, kiedy jeden dalej próbował naciągnąć kuszę. Książe odbił broń jednego z przeciwników, w szybkim tempie się zbliżył, przecinając mu brzuch. W tym momencie drugi wojownik próbował go uderzyć. Gdyby nie wcześniejszy ruch, topór uderzył by go w głowę, tak to lekko przeciął tunikę i pociągnął chłopaka do tyłu. Ulf uderzył o wóz wyrywając broń wrogu. Książe syknął z bólu. Napastnik zabrał topór poległemu i ruszył na księcia. Blondyn kopnął mężczyznę w kolano i podniósł się. Barbarzyńca cofnął się tracąc równowagę. Blondyn rzucił się na niego, wypychając go z wozu. Szybko doskoczył do kusznika który przygotował kuszę do strzału. Kopnął kuszę odrzucając ją w bok i chciał uderzyć strzelca, kiedy na wóz skoczył rudowłosy.
         - Przykro mi książę, ale musze cię teraz zabić. – Mężczyzna ruszył w stronę chłopca. Ulfa złapał barbarzyńca, nie pozwalając mu się ruszyć. Jak to na barbarzyńcę przystało, jego niedźwiedzi uścisk był bardzo silny. Gdy rudowłosy miał uderzać, jego miecz odbił się od innego. Rycerz Ulfa skoczył na wóz i obronił swojego pana. Książe nie myśląc wiele złapał swojego przeciwnika za genitalia, zaciskając pięść na nich. Mężczyzna krzyknął z bólu i puścił chłopca, który tylko jak się wydostał zabrał topór barbarzyńcy i wbił mu go sprawnym ruchem w głowę. Spojrzał na swojego człowieka, który z trudnościami walczył z rudowłosym. Blondyn podbiegł do leżącej nieopodal kuszy i wycelował. Jego rycerz widząc to, i wiedząc że strzał będzie ciężki, dał sobie wbić miecz przeciwnika. Nabił się całkowicie i złapał rudowłosego w uścisku. Ten przerażony odwrócił głowę i dostrzegł lecący w jego stronę pocisk. Bełt przebił mu oko i wbił się w czaszkę. Obydwaj z rycerzem padli na wóz. Książe spojrzał za siebie. Barbarzyńcy nie żyli, a z piątki jego ludzi pozostało dwóch.

         Chłopiec podszedł do swojego rycerza, którzy pozwolił sobie wbić miecz by złapać rudowłosego. Jeszcze żył, z jego ust wyciekała krew.
         - Nie musiałeś go trzymać, poradził bym sobie. – uśmiechnął się z żalem.
         - Oczywiście mój panie, uznałem że przyda ci się pomoc.
         - Był aż tak potężny w walce, że mój gwardzista przegrywał?
         - Nie. To bełt w moim ramieniu utrudniał walkę. – kaszlnął, wylewając z ust kolejną dawkę krwi. – Książe… to był zaszczyt być twoim gwardzistą.
         - Zawdzięczam ci życie. Jak masz na imię.
         - Eidir… panie…
         - Dziękuje ci Eidirze, i zwalniam cię z służby. – Przerwał na chwilę widząc nieobecny już wyraz twarzy mężczyzny. – Żegnaj rycerzu czarnego szczura. – Książe zamknął mu oczy i zeskoczył z wozu. – Zapakujmy naszych poległych na wóz i zabierzmy do stolicy. Tam ich pochowamy. – rycerze szczura natychmiast zeskoczyli z koni i wykonali polecenie.

         Gdy książę dojechał do miasta, pozostawił wóz z martwymi rycerzami pod opieką gwardii królewskiej i wraz z swoimi ludźmi skierował się do pałacu królewskiego. Nie przejmował się swoim wyglądem, po twarzy spływała mu krew, a jego włosy jak i szaty był poplamione tym samym płynem. Jego ludzie nie wyglądali lepiej, nie mieli czasu by obmyć.

         W pałacu panował ruch. Kiedy tylko się dowiedzieli że książę pojawił się w mieście, od linii bramy do górnego pierścienia, aż do pałacu uformowali się gwardziści, mając uhonorować przybycie księcia. W Sali tronowej przebywał król, a po bokach stali jego synowie, Okrim liczący dwadzieścia dwa lata był po prawej stronie i Otokar mający osiemnaście lat po lewej. Obydwaj ubrani w pomarańczowe szaty, bez żadnych dodatkowych zdobień, kiedy to król ubrał zdobioną złotymi haftami białą szatę sięgającą stóp. Drzwi się otworzyły a do środka wszedł gwardzista. Klęknął przed królem.
         - Książę wchodzi przez bramę. – złożył raport i wyszedł.
Okrim spojrzał zaniepokojony na Otokara, który odpowiedział mu tym samym. Obydwaj ukrywali niechęć spotkania brata za fałszywymi uśmiechami. Z wyglądu byli podobni do siebie, niemal jak bliźniaki, różnił ich tylko wzrost. Otokar był niższy od starszego brata. Królewska rodzina usłyszała hałas za drzwiami. To żołnierze składali hołd księciu, który szedł na przód, nie przejmując się zdziwieniem gwardzistów na widok krwi na jego twarzy. Ulf sam pchnął podwójne dębowe drzwi, otwierając je i wchodząc do środka. Król uśmiechnął się, ale radość z widoku syna zmieniał się z zaniepokojenie. Książe, któremu krew zalała pół twarz, grzywkę i ubrania, podszedł naprzeciwko tronu. Wyciągnął miecz, z charakterystycznym sykiem i klęknął, przytrzymując główkę. Tak samo zrobili jego gwardziści.
         - Królu, przybyliśmy na wezwanie. – powiedział, po czym spojrzał na ojca. – Przepraszam że nie zjawiłem się wcześniej. Coś mnie…nas zatrzymało.
         - Bracie! – Otokar odszedł od ojca, który nie był w stanie nic powiedzieć. Podszedł do brata. – Jesteś ranny… - przykucnął przy nim. - … i cały zakrwawiony. – przetarł rękawem twarz brata. Pomarańczowa tkanina przetarła już lekko zaschniętą krew.
         - Nie, nie trzeba. – Ulf cofnął jednak rękę brata. – To nic takiego, już się zagoiło.
Otokar cofnął się i odpowiedział uśmiechem. Spojrzał po chwili na ojca.
         - Wybacz ojcze, ale Ulf jest ranny. Może odpuścimy sobie formalności? – zapytał osiemnastolatek. Król natychmiast się opanował. Wstał i podszedł do najmłodszego syna. Przykucnął i przytulił go do piersi.
         - Witaj w domu synu. – chłopiec był zmieszany. – Co się stało po drodze? – puścił księcia i wstał, podnosząc go na równe nogi przy okazji. – Opowiesz nam gdy będziemy szli na sale bankietową.
         - Królu, a moi ludzie? – chłopak delikatnie się cofnął.
         - Mogą nam towarzyszyć. Prawda? – władca odwrócił się do dwóch gwardzistów którzy przytaknęli niemo. Schowali miecze i ruszyli za rodziną królewską.

         Król podrapał się po brodzie, zatrzymując się w miejscu. Spojrzał na twarz najmłodszego syna, którego grzywka przybrała szkarłatny kolor. Rana się już zagoiła, a krew została w większości wytarta.
         - Czyli ktoś nie chciał cię wpuścić do stolicy? Dziesięciu ludzi z czego jeden z górnego miasta?
         - Nie wiem królu czy z górnego. Ale schludny, reszta to jak barbarzyńcy którzy napadają miasta. – odpowiedział książę, po czym spojrzał na ojca. – Królu, mogę najpierw prosić o pokój. Chciałbym się chociaż przebrać… oczywiście chciałbym by moi gwardziści byli ze mną.
         - Synu, matka się stęskniła. Twoje siostry też tu są… - odpowiedział. – Dobrze, pamiętasz gdzie była twoja sypialnia, prawda?
         - Oczywiście królu. – spojrzał na swoich ludzi, tak jakby nie zauważył braci. – chodźmy. Królu. – schylił głowę. – Książęta.


         Król wszedł jadalni, kiedy Okrim zatrzymał Otokara.
         - Bracie, czemu od razu do niego podbiegłeś? – zapytał z dużą ilością zdenerwowania w głosie.
         - Bo też jest i moim, i twoim bratem. Pamiętaj o tym. – Otokar odwrócił się na pięcie i ruszył na spotkanie z rodziną. 

niedziela, 17 lipca 2016

"Wojna Rodziny" Rozdział I

         Najmłodszy syn Ocariana, książę Ulf szybkim tempem maszerował do balkonów pałacowych. Chłopak odziedziczył po ojcu wiele cech wyglądu, twarz, oczy, włosy, ale nie doświadczył tego co on. Jego charakter był całkowitym przeciwieństwem swojego ojca za młodu. Odważny, porywczy i zdyscyplinowany, tak go można krótko opisać. Kosmyki jego złotych włosów opadały do ramion, gdzie rozchodziły się we wszystkie strony a grzywka odrzucona gdzieś na bok często opadała na oczy. Ubrany w czarną tunikę ze zdobieniami pod szyją. Zszycia na ubiorze miały charakterystyczny, pomarańczowy kolor. Pod szyją związana peleryna o tym samym kolorze co tunika, lecz z pomarańczowym szczurem na środku. Dumnie otworzył drzwi i wyjrzał przez balkon. Dostrzegł na placu około stu rycerzy, każdy na kolczudze miał zarzuconą czarną tunikę z pomarańczowym szczurem, a na ich głowach były hełmy garnczkowe. Przy pasach mieli miecze, a w rękach dzierżyli włócznię. Gdy dostrzegli księcia, uderzali nimi o ziemie w równym tępię. Ucichli dopiero gdy książę podniósł rękę.
         - Moi rycerze! Jesteście dumą tego miasta! Każdy z was zasługuje na swoje miano, mojego gwardzisty!
         - Ulf! – wykrzyknęli wszyscy.
         - Spośród was wybiorę pięciu, jako moją straż przyboczną! Pojedziecie ze mną do stolicy, do króla i mojego ojca!
         - Ulf!
         - Reszta zaś, będzie pilnować porządku w mieście, macie trenować i pomagać straży miejskiej. To wszystko! Wracajcie do ćwiczeń.
Książe odwrócił się i ruszył do środka, wiedząc że jego zdyscyplinowani rycerze posłuchają rozkazu. Nie był jednak zadowolony, wewnętrznie nie chciał spotkania z ojcem i z braćmi. Nienawidził ojca i czuł obrzydzenie do braci, jako posłusznych piesków króla. Wszyscy mieli białe kolory herbów, wszyscy oprócz niego. Sam wybrał czarny kolor, i poprosił ojca o miasteczko z dala od stolicy, by w nim sprawować namiestnictwo. Po długim czasie, Ocarian w końcu pozwolił mu sprawować władzę z Karonel, miasteczku niedaleko wschodniej granicy. Składało się z trzech obszarów. Górne miasto, w którym to znajdowały się dworek i koszary Ulfa, uniwersytet i wiele domów bogatego mieszczaństwa jak i dawnej szlachty. Dolne miasto, gdzie mieszkało wiele osób, jedynym ciekawym obiektem dla księcia tam były koszary straży miejskiej. Oraz trzecią, nazywaną „dzielnicą handlową”. To tam ci którzy odwiedzali miasto zostawali na noc w licznych tawernach, rozkładali swoje stoiska, jak i dopełniali swoje karawany. Miasteczko liczyło około jedynastu tysięcy mieszkańców, z czego służbę w milicji pełniło tylko około pięciuset ludzi. Dlatego ważnym było, by Ulf zebrał grupę ludzi, wyszkolił ich i wsparł tak przepływ handlu i ludzi z Rzeczypospolitej.

         Ulf wybierając wcześniej pięciu ludzi, spokojnie opuścił miasto. Miał wyruszyć następnego dnia, ale postanowił odwiedzić pewnego farmera, który własnymi rękami wybudował malutką wieś na zachód od Karonel. Brama przez którą wyjeżdżali była w dolnym mieście, była zbudowana jak każda inna, z dwóch stron wieży potężne, metalowe kraty blokowały w nocy wjazd i wyjazd z miasta. Patrząc dalej po murach broniących mieszkańców można dostrzec kilka baszt umieszczonych w miarę równych odległościach. Duma wschodu, tak w zwyczaju mówił o tym mieście książę Ulf. Przybył tu gdy miał zaledwie czternaście lat. Dwa lata zajęło mu wyszkolenie niemal że stu rycerzy i zaprowadzenie porządku. Cieszył się uznaniem wśród bogatych mieszkańców i szacunkiem wśród przybyszy. Ale nie interesowało go to. Uważał że wszyscy którzy go chwalą, robią to tylko dlatego że jest księciem.

         Po trzech godzinach jazdy konnej, książę dostrzegł znajome mu budynki. Trzy najbliżej, wybudowane około piętnaście minut drogi od centrum służyły zwykłym robotnikom. Były to baraki gdzie mieszkało około trzydziestu ludzi, oraz mała spiżarnia, pilnowana przez dwóch czarnych rycerzy, również sług księcia. Pełniło tu służbę do czterech ludzi, na prośbę przyjaciela Ulfa, Michała z dawnego rodu Wieprza. To on był celem wizyty księcia. Jego koń zatrzymał się przed małym dworkiem, pilnowanym o dziwo przez dwóch chłopów, którzy wyglądali jakby dopiero co zeszli z pola. W rękach trzymali sierpy, ubrani w krótkie skurzane spodnio-podobny materiał i długie, niegdyś białe koszule. Książe zeskoczył z swojego wierzchowca, bez namysłu ruszył do przodu. Nie spodziewał się że ta dwójka go zatrzyma.
         - A ty dokąd panocku?
         - Do właściciela tych ziem.
         - On chyba pedzia o Michałku. – powiedział jeden z nich, używając lekkiej gwary.
         - Sprzycny Gibcok…
         - A może go tak ryznąć?
Ulf jednak nie rozumiał tej gwary. Nachylił się do swojego gwardzisty, który na słowo ryznąć zeskoczył z konia i zapytał.
         - Rozumiesz coś z tego?
         - Tak mój panie.
         - To co mówią?
         - Że jesteś nieuprzejmym chłopakiem i chcą cię uderzyć.
Ulf odchrząknął. I spojrzał zdenerwowany na chłopców.
         - Więc. Jestem książę Ulf, syn Króla Ocariana, pierwszego tego imienia. Jeżeli nie dacie mi przejść, wasze głowy zostaną nabite przed moją posiadłością.
         - Dobrze, dobrze panocku. - Mężczyźni cofnęli się, a młody książę wszedł do środka. Minął kilka pokoi i ruszył do salonu. Dźwięki kolczug i mieczy rozchodziły się po całej rezydencji. Nie musieli długo czekać, kiedy na końcu korytarza wyjrzał mężczyzna w czarnych włosach i oczach tego samego koloru. Miał na sobie chłopską koszulę, a przy pasie dzierżył miecz. Ulf podniósł dłoń i zacisnął ją w pięść, dając tym samym rozkaz zatrzymania dla swoich gwardzistów. Sam ruszył do przodu, do momentu kiedy przed nim stał wyższy mężczyzna.
         - Książę Ulf z rodu Szczura? – zapytał czarnowłosy.
         - Michał z rodu Wieprza? – odpowiedział Ulf.
Wyglądali jakby mieli zacząć ze sobą walczyć. Gwardziści, zmieszani trzymali pod ręką swoje miecze. Jednak właściciel ziemski wybuchnął śmiechem, a tuż za nim Książę i przytulił go po bratersku.
         - Co cię chłopcze tutaj sprowadza?
         - Nie słyszałeś? – zdziwił się. – Ojciec kazał pojawić się kilku dostojnikom u siebie, w tym mnie.
         - Ach, widzę że aż tryskasz entuzjazmem, niczym martwy od tygodnia bandyta. – pokazał ręką by usiedli w salonie, ale blondyn odmówił. – To czemu przyjechałeś do mnie?
         - Myślałem że może mój nauczyciel będzie chciał się ze mną wybrać do stolicy? – uśmiechnął się.
         - Niestety chłopcze. – odpowiedział z lekkim smutkiem. – Muszę zostać, musiałeś słyszeć o bandytach prawda? Wolę swoich farm pilnować, przy okazji mieć oko na miasto – mrugnął porozumiewawczo.
         - Oczywiście, rozumiem. Chcesz coś przekazać królowi? Albo komuś z szlachty?
         - Nie, obejdzie się, a teraz już – delikatnie wskazał na drzwi. – bo się spóźnisz. Król chyba tego nie lubi.
         - To niech się przyzwyczai. – odpowiedział oschle i odszedł.
         - Bezpiecznej podróży. – uśmiechnął się.
         - Powodzenia z tutejszymi. – mruknął książę który zdążył już wyjść z domu Michała. Rozejrzał się po okolicy. – Nie ma co zwlekać, ruszajmy już. – wydał rozkaz swoim ludziom.

         Ocarian chodził w koło po swojej komnacie. Ubrany w białą zdobioną szatę, ciągnął za sobą gruby czerwony materiał, przypięty do jego ramion. U pasa dzierżył pochwę, ze schowanym mieczem w środku. Rączka była zdobiona, by sama główka przypominała pysk szczura. Tuż przy mieczu przypięty był sztylet, który posiadał niegdyś Nazir. Wiele minęło od tamtego czasu, król zapuścił brodę, i w niemal całkowitym spokoju władał krajem. Drzwi do jego komnaty otworzył najstarszy z synów Ocariana. Okrim spojrzał na ojca. Jak każdy w rodzinie miał blond włosy i błękitne oczy. Był najwyższy ze wszystkich synów króla. Uklęknął przed ojcem.
         - Synu, witaj.
         - Witaj ojcze, zauważyłem że coś cię martwi ostatnio.
         - Tak… twój młodszy brat ma nas odwiedzić.
         - Ulf tu przyjedzie? – zdziwił się książę koronny.
         - Tak… wezwałem go by w końcu się pojawił. Na zaproszenia nie reagował przecież. Tyle razy kazałem wam wysłać do niego zaproszenie…
Okrim przełknął ślinę, patrząc na ojca. Nie na rękę była mu obecność księcia który czas woli spędzać z wojskiem niż na uroczystościach.
         - Przekazywaliśmy wszystkie kurierom. Ojcze, jesteś pewien że powinien tu przyjeżdżać? Wiesz jaki jest w stosunku do mnie i Otokara? No i do ciebie.
         - Wiem, wiem. Ale to mój syn, tak jak i wy. Musi tu przyjechać. Nie widziałem go odkąd wyjechał! – Westchnął. – Dobrze, a ty czego chcesz?
         - Już nic ojcze. Właśnie wychodziłem. – ukłonił się i wyszedł.

         Przy drzwiach stał jeden z ludzi Okrima. Ogolony na łyso mężczyzna, o zielonych oczach. Jego kwadratowa szczęka była pokryta bliznami. Na sobie miał pełną płytową zbroję.
         - Kari. – książę się do niego zwrócił. – wyślij ludzi by powstrzymali księcia przed dotarciem, dobrze?
         - Tak jest, mój książę.
Blondyn uśmiechnął się zostawiając w tyle swojego rycerza.