Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojna Rodzin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojna Rodzin. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 czerwca 2015

"Wojna Rodzin" Rozdział XIX

Rozdział XIX
„Koniec”

         Spanikowani rycerze zaczęli uciekać, modląc się o swoje życie. Śmierć króla poruszyła prawie każdym z obecnych wojowników. Nie można było nawet doliczyć się martwych ciał, ani gdzie leży ciało przyjaciela bądź wroga. Wszyscy martwi byli równi.
         - Bracie! – krzyknął Pilow, dowódca chorągwi jeździeckiej o bardzo bujnych, białych włosach, przypominających owce. Jego rozmówca był bardzo podobny do niego, jedna z wielu cech ich rodu. – Do walki! Za króla!
          - Nie słyszałeś?! Król nie żyje! Uciekamy!
         - Po moim trupie! – krzyknął wyciągając miecz. – Do boja! – zagrzał rycerzy w okuł. Jednak za nim pojechało tylko dziesięciu wojowników. Niestety, sam Pilow szybko został przebity lancą, jednego z węży. Jednak jego poświęcenie nie poszło na marne. Skutecznie zablokowali na chwile pościg za uciekającymi ludźmi.

         Zapłakany Alow, brat Pilowa uciekał. Przy życiu pozostało gdzieś z dwustu jeźdźców. Dla nich, królestwo upadło. Zajęcie cytadeli przez Nazira było by kwestią kilku dni. A co tam było do ratowania? Katarzyna i Aria. Już miał wydać komendę do ataku, bądź odwrotu do cytadeli, kiedy przy swoim obozie zobaczył jeźdźców.
         Już po nas – pomyślał.

         Ocarian stał dumnie przy swoich żołnierzach. Miał tylko trzydziestu jeźdźców, ale jakże wyhartowanych. Miał na sobie srebrną, płytową zbroje, w jakiej jeszcze nikt go nie widział, a na plecach, ogromną skórę białego wilka. Wyciągnął szable, spojrzał na swoich ludzi, uśmiechnął się, widząc wiernych sobie rycerzy. Wtedy wydał prosty rozkaz.
         - Zabić węże!
Wszystkie szczury wyjęły miecze, i krzycząc ruszyli w stronę żołnierzy Nazira. Niegdyś uciekający rycerze, zdezorientowani sytuacją która się właśnie odbywała, zatrzymali się. Dopiero wtedy zobaczyli pomarańczowe chorągwie niesione przez rycerzy. Czy mieli szanse wygrać? Nikt tego nie wiedział. Ale zawrócili, dołączając do szarży Ocariana . Sam szczur biegł na samym przodzie „watahy”. Nim nawet rycerze Nazira się zorientowali, wróg był już przy nich.

         Padł pierwszy rycerz, od cięcia szabli Ocariana. Drugi próbował zareagować, odbił broń i gdy szykował się do kontrataku, został przecięty przez kolejnego rycerza, jadącego tuż obok głowy rodu. Blondyn zrobił kolejny zamach, powalając kolejnego jeźdźca. Szarża ustała, zaczynając bitwę. Nagle przed szczurem pokazał się nowy wróg. Czerwono włosy chłopak.
         - Więc jednak tutaj walczysz? – zapytał Aran.
         - Wybacz za spóźnienie. Powrót od was nam się przydłużył.
Kilka cięć przerwało rozmowę. Zbliżyli się do siebie oddając kilka ruchów.
         - Miesiąc wracaliście? Jak to? – zdziwił się chłopak.
         - Musieliśmy ukrywać się by wygoić rany. – zaśmiał się Ocarian. Znów się zbliżył, jedno cięcie wybiło z rąk Arana tarczę. Chłopak jak niewielu miał na sobie płytową zbroje. Z wyraźnie namalowanym krwią wężem na piersi. – Poddaj się Aranie, a oszczędzę ci życie!
         - Jakże zmężniał panie! Ale to nie da ci umiejętności!
Czerwono włosy przystąpił do ataku, zwiąż zamach chcąc trafić szczura. Ale ten szybko odbił cios, i przeciął szyje przeciwnika. Obydwa konie się zatrzymały, a Aran odwrócił się do swojego oprawcy. Z jego ust jak i szyi ciekła krew. Uśmiechnął się z lekkimi łzami w oczach.
         - Pan będzie dumny… - wyszeptał, po czym upadł z konia.
Ocarian również z lekkimi łzami w oczach dołączył do bitwy.

         Nazir zdumiony stał na miejscu pierwszego starcia. Widział jak nagle pojawił się Ocarian wraz ze swoimi ludźmi. Z góry zsunął się Aron. Nigdy nie miał zwyczaju być radosnym, ale teraz można było o nim powiedzieć „czarna rozpacz”. Zielono włosy podjechał do niego bliżej.
         - Aronie, co jest?
         - Panie… Aran nie żyje… - wyszeptał. Nazir zamarł. Czy to oznacz że jeden z jego najwierniejszych ludzi, jak i przyjaciel… przegrał?
         - Kto był jego przeciwnikiem!? – krzyknął lekko zrozpaczony.
         - Ocarian. – skomentował krótko, po czym spojrzał na swojego pana. Odpiął pas z mieczem i rzucił go pod kopyta konia Nazira. – To dla mnie koniec. Nie mam po co walczyć.
         - Wracaj tu! Do walki! O mój tron!
         - Nie należy ci się! – krzyknął Aron. – O co oni walczą? O twoje poronione sny! A ty, czemu walczysz!? Chciałeś unormować królestwo!? Rozpocząłeś wojnę domową! Z resztą… służyłem tylko ze względu na mojego brata. Za wiele ryzykowaliśmy. I przegraliśmy.
Nazir nie odpowiedział. Również się cofnął. Powoli zaczął odjeżdżać w stronę swojego obozu. Nie zauważył jednak, że to zraniło morale jego rycerzy.

         Rycerze szybko zauważyli brak swojego pana. Wielu z nich zaczęło się rozbiegać, a jeszcze więcej… poddawać. Nie chcieli walczyć. Czuli wyczerpanie, a przybycie nawet trzydziestu wypoczętych ludzi szczura, to już był zastrzyk świeżej energii dla wojsk przeciwnika.
         - Zabrać jeńców. Pomóc piechocie! Ja jadę po głowę węża!

         Nazir siedział w swoim namiocie, największym w całym obozie. Położył się na tronie, zadając sobie jedno pytanie. Po co walczy? Wtedy do środka wszedł blondyn. Ocarian uśmiechnął się do swojego przyjaciela. Zielonowłosy zaśmiał się.
         - Ja cię nie widzę miesiąc, a ty nagle zamieniasz się w mężczyznę.
         - Nigdy byś się tego nie spodziewał, prawda? – szczur również się zaśmiał. – Powiedz mi, wojna skończona. Po co to było?
         - W sumie… to nie wiem. – wąż wstał i usiadł przy drewnianym stole. Ocarian dołączył do niego, siadając naprzeciwko. – Planowałem to od dawna. Chciałem stworzyć spójne królestwo z nowym królem.
         - I ty miał byś nim być? – zapytał szczur.
         - Nie. – odpowiedział, podając rozmówcy koronę. – Ja bym się nie nadawał. Plan był świetny, nie powiem, ale…
         - Ale ja się nie dopasowałem?
Nazir się uśmiechnął.
         - Tak, nie dopasowałeś się do niego. – wyjął swój sztylet, najbardziej ozdobną rzecz, jaką posiadał, podając ją Ocarianowi. Ten przyjął go chętniej niż koronę. – Przegrałem z moim przyjacielem.
         - A ja wygrałem z moim bratem. – uśmiechnął się z łzami w oczach.
         - Miło mi się rozmawia… przed śmiercią.
         - Wybacz.
         - Nie przepraszaj. Wiemy co będzie musiało teraz nastąpić. Dla ciebie też to musi być ciężkie.
         - Niestety…
         - Zabicie Arana też nie było proste, prawda?
         - No tak.
         - Jakie miał ostatnie słowa? Ciekawi mnie to.
         - „Pan będzie dumny” – z oczu blondyna popłynęły łzy.
         - I jestem. – Nazir wstał, rozkładając ręce jak do przytulenia. Blondyn zrobił to samo. Przytulił go.
         - Wybacz mi… - wyszeptał Ocarian, po czym wbił sztylet w pierś Nazira. – Proszę… wybacz mi... – załkał.
         - Nie płacz. – powiedział zielonowłosy, po czym cały czas przytulając przyjaciela, splunął krwią. Przybliżył usta do uszu szczura. I wyszeptał kilka słów. Ocarian zamarł, nie wiedział czy to dlatego że zabił Nazira, czy z powodu jego słów. Zielonowłosy uśmiechnął się do niego po raz ostatni, oparł czoło o czoło przyjaciela, po czym upadł bez sił na ziemie.

         Ocarian zamknął oczy martwemu przyjacielowi, wycierając jego twarz z krwi. Wyszedł z namiotu i dołączył do swoich ludzi. Ruszył czym prędzej na miejsce bitwy, spodziewając się trwającej wciąż walki, ale nie było jej. Ludzie zaczęli wiwatować na widok szczura. Dzięki niemu, wojna się skończyła.


         Od bitwy minął miesiąc. W królewskiej cytadeli panowała napięta sytuacja. Oto, królewskie rody zebrały się na wybranie nowego króla. W ciemnej owalnej Sali, siedziały trzy osoby. Złoty, zdobiony tron został pusty, a na nim leżała korona. Dwóch dorosłych mężczyzn i jeden chłopiec siedzieli na potężnych dębowych krzesłach. Ich twarze były pokryte cieniem. Na krześle oznaczonym szczurem, siedział Ocarian. Na oznaczonym gryfem, Airen z opaską na miejscu, gdzie niegdyś miał oko. Krzesło węża było puste, a na herbie był wbity sztylet, który Ocarian dostał od Nazira. Na ostatnim siedział Harp, obdarowany przez króla tytułem szlacheckim Wilka. Airen wstał.
         - Witam, zebraliśmy się dziś, by wybrać nowego króla. Jak wiecie, Król Kanir de Collo sprawiedliwy, zginął podczas bitwy pod Gallą, wiec my, trzy głowy rodów musimy wybrać nowego króla z nas. – uśmiechnął się. – wybór jest chyba oczywisty. Wstań Ocarianie, synu Okrima, pogromco węży i wilków. Za twoje zasługi, jednogłośnie stwierdziliśmy, że korona jak i kraj, należy się tobie. 

Jako iż to jest ostatni rozdział Wojny Rodzin, chciałbym wam podziękować, za wspólny rok. Muszę przyznać, nie zawsze byłem pilnym pisarzem, ale cieszę się że udało mi sie skończyć całą opowieść. Ale jako mam teraz trochę miejsca, chciałbym oprócz podziękowań, o coś was poprosić. O opinie, komentarz. Chciałbym wiedzieć czy to się podobało, czy lubicie jakąś postać, oraz co sądzicie o zakończeniu :3 

I nie, nie jest to koniec mojej kariery xD/Lekki pisarz All

niedziela, 28 czerwca 2015

"Wojna Rodzin" rozdział XVIII

Rozdział XVIII
„Bitwa pod Gallą”

         Wojska spod królewskiej chorągwi, rozbiły obóz niedaleko jednego z wzgórz, przy wsi Galla. Od północy dzieliła ich ściana górska, bardzo ciężka do przeprawienia, ze względu na liczne strome zbocza. Wzgórze nie było jednak wysokie, sięgało około dwudziestu paru metrów, nad poziom polany. Na wschód, król miał swoją stolice. A przynajmniej drogę do niej, która zajmowała około trzech dni drogi. Na zachód, droga do pałacu Nazira. Na południe od obozu, znajdowała się mała wieś. Chłopi tam nie przejmowali się sprawami kraju. Tylko własnego gospodarstwa. Polana na której przyszło im wypoczywać miała długość kilometra, i nie było na niej żadnych drzew. Same pałacie zieleni.

         Król stanął na brzegu obozu. Gdy zobaczył trzech konnych, zbliżających się w jego stronę. Nie tylko on to zobaczył. Kilku trębaczy zaczęło dmuchać w swoje trąby, sygnalizując alarm. Wielu żołnierzy niemrawie wybiegało z namiotów, potykając się i przewracając, podczas zakładania kolczug. Konni podjechali pod samego króla, który nie przejmował się ich obecnością.
         - Nasz pan i władca Nazir, informuje że rozbiliście się obok naszego obozu! – krzyknął siwobrody mężczyzna który dosiadał środkowego konia.
         - Znam cię… - powiedział Kanir. – Byłeś rycerzem Wilka.
         - Tak. Byłem.
         - Jak się zwiesz? I czemu na twojej chorągwi nie ma wilka? Tylko wąż?
         - Nie muszę się ci przedstawiać, ale dobrze. Jestem Dexter! Jeden z trzech przywódców chorągwi wielkiego Węża!
          - Nazira? A co z jego ojcem?! – Król krzyknął.
         - Nie żyje. – odpowiedział z uśmiechem. Po czym odjechał. Za sobą tylko krzyknął. – Albo opuścicie te ziemie, albo szykujcie się do bitwy!

         Kanir parsknął, obejrzał się na swoich rycerzy i żołnierzy. Uśmiechnął się, sięgając miecza.
         - To co moi bracia… - syk broni poruszył wszystkimi. – Drwi sobie z nas pyszny wróg! I odważny jest, bo schował przed nami się! Ale nie damy im pić z naszych hełmów! Nie damy im bawić się w naszych zamkach! Nie dostaną naszych żon, córek i synów w swoje ręce! Utniemy głowę wężowi i obalimy wilka!
Tłum zaczął wiwatować, podnosząc broń i opuszczając. Piechota uderzała mieczami w tarcze.

Echo ich zapału doszło również do obozu Nazira, ukrytego w małym kanionie na zachodniej drodze. Dziura całkowicie osłonięta drzewami, niemal nie dostępna dla ludzkiego wzroku, teraz wypełniona również namiotami. Siedział na drewnianym tronie, w swoim namiocie. Specjalnie kazał go ze sobą wieźć, jako znak swojej władzy. Do jego namiotu wszedł Dexter. Uklękał nie podnosząc głowy spod linii torsu.
         - Panie… Król zebrał wojsko. Jest niemal tak liczne jak nasze. Nie chcieli się poddać…
         - Zamilcz… – przerwał mu wąż. – …o świcie idziemy do boju. W końcu ten kraj będzie zjednoczony, pod jedną chorągwią.
         - Panie… widziałem chorągwie myszy i szczurów… Co jeśli będzie tam…
         - Wyjdź! – rozkazał.
         - Ale…
         - Natychmiast! – krzyknął. Dexter skłonił się raz jeszcze i wyszedł z namiotu. Zielonowłosy wstał, i położył się na kozetce obok tronu. Spojrzał na sufit.
         - Ocarianie… - wyszeptał. - …dlaczego chcesz ze mną walczyć? – uronił jedną łzę i… zasnął.

Chmury na niebie zasłaniały wieczorne niebo. Oby dwa obozy nie były spokojne. Przed królewskim namiotem siedział Frikar. Ubrany w ciężką, płytową zbroje. Na jego siwych wąsach widać było czarne, przypalone końcówki. Czekał na audiencje u króla. Namiot się otworzył, a szlachcic wszedł. Uklęknął przed swoim seniorem.
         - Co chciałeś Frikarze? – zapytał Kanir, gładząc swoją brodę.
         - Mój panie, powinniśmy zaatakować z zaskoczenia. Teraz.
         - Frikarze… nie dostałeś pod dowodzenie chorągwi, za głupie pomysły…
         - Ale panie! – Frikar wstał, zaciskając pięść na swojej piersi. – Moglibyśmy wygrać niemal natychmiast!
         - Frikarze! – krzyknął król, jego rozmówca natychmiast zamilkł i uklęknął, zatapiając wzrok w ziemi. – Jakim prawem mnie pouczasz! – Kanir wstał, wyjmując z pochwy miecz. – Już nie pamiętasz kto ci dał tytuł?
         - Ty panie… - wąsacz poczuł zimną stal na swoim karku.
         - No właśnie. Więc jakim prawem mnie pouczasz? Kto wygrał bitwę z wilkami? Kto prowadzi ten kraj? Kto jest królem? Ja, czy ty?
         - Ty panie… - głośno przełknął ślinę. - …wybacz mi panie.
         - Odejdź. Odpocznij. Jutro mamy nasz dzień próby.

Nad ranem zabrzmiały trąby, po obu stronach polany. Wojska nerwowo ustawiały się w ustalane wcześniej plany. Dwie chorągwie piechoty strzeleckiej naprzeciw dwóch chorągwi włóczników. Przy każdej stał szlachcic, trzymając swój herb na fladze, wraz z godłem króla. Jedynie Otar, dowódca jednej chorągwi jeździeckiej, posiadał jedynie godło swojego pana. Trzy oddziały rycerstwa, uzbrojone w miecze, włócznie, lance, niektórzy w łuki i kusze nie wyglądali na wesołych. Każdy bał się śmierci a musiał walczyć czym miał.

Po drugiej stronie, ubrani głównie w zielone stroje ludzie Nazira z dala wyglądali jak pielgrzymka mnichów. Piechota posiadała zielone habity, a jazda, jako jedyna wyglądała na prawdziwych wojowników. Mieli przewagę nad królem, około dwustu ludzi więcej. Jednak według Nazira nie była to przeważająca przewaga do wygranej. By pokonać króla i jego wasali potrzebował co najmniej tysiąc więcej żołnierzy. Wtedy miał by pewność wygranej. Ostatni raz patrzy na mapę, z rozmieszczonymi kolorowymi klockami. Zielone i żółte symbolizowały chorągwie Nazira i Kanira. Westchnął ciężko patrząc na to.
         - Panie? – zapytał Aran wchodząc do namiotu.
         - Czego chcesz… - zapytał.
         - Powinieneś zagrzać ludzi… czeka nas bitwa…
         - Wiem… - westchnął. – Jak myślisz przyjacielu… Ocarian jest naszym wrogiem?
         - Na to wygląda… ale w końcu dostaliśmy wieści ze stolicy…
         - Jakie…?
         - Gothar… nie żyje.
         - Jak to? – zdziwił się.
         - Zaatakował Lurda… zabił go, jednocześnie tracąc życie.
         - Ech… kolejny szpieg stracony… kiedy to było?
         - Około miesiąca temu…
         - Pech. – skomentował. – jeszcze coś?
         - Ludzie czekają…
         - Ach tak… bitwa…

Nazir wyszedł z namiotu, od razu przytoczył wzrok wszystkich tam obecnych. Uśmiechnął się, gdy usłyszał że Aran zapina mu pelerynę. Chwycił miecz i dosiadł konia.
         - No chłopcy! Zobaczymy kto z was jest mężczyzną a kto babą! Czas oderżnąć łeb gryfom! Na śmierć im!
         - Na śmierć! – krzyknęli wszyscy dookoła niego. Po czym ruszyli na rozstawienie przed bitwą.

Nastało samo południe, kiedy oba wojska były rozstawione. Król obejrzał się wśród swoich ludzi. Uśmiechnął się, myśląc że wielu z nich to jeszcze dzieci. Ledwo po przeszkoleniu, i to przyśpieszonym. Wojsko bez siły. Ale musiał poprowadzić tych ludzi do zwycięstwa. Po to przecież tutaj przyszli. Dobrał miecza.
         - Owca, Wąsy i Orły! Na przód! – wydał polecenie.
Wojska ruszyły marszem, mocno trzymając broń. Nie mogli przecież zginąć, wielu z nich miało żony i dzieci. Po przeciwnej stronie również wyruszyła sama piechota. Nie można było rozpoznać kto jest włócznikiem, a kto strzelcem przez ich habity. Król i Nazira z niecierpliwością oglądali skutek marszu. Obydwa wojska niemal w jednym momencie się zatrzymały, a łucznicy spod chorągwi orła napięli swoje bronie. Lecz zanim oddali strzały, węże zrzuciły swoje stroje, niczym skóry. Pod spodem mieli zbroje z kolczug, z nałożoną szatą i symbolem węża. Zdecydowana większość z nich to byli łucznicy, a uzbrojeni w miecze ludzie dobrali broni i zaczęli biec w stronę wroga. Czerwoni żołnierze, bo taki górował kolor szat ludzi króla, niezgrabnie zaczęli bez rozkazu strzelać z łuków. Mimo wyraźnych rozkazów od Orłów by czekać na komendę. Owca i spalony wąs wydali komendę ataku. Piechota niepewnie słysząc wrzaski wrogów ruszyła do przodu. Wyprzedzili przerażonych łuczników i wystawili włócznie, formując mur, ostrych dzid.

Wojownicy węża jakby się tym nie przejęli, wręcz sami wbiegli na wrogów, wiedząc że zostaną nadziani. Rozpoczęła się krwawa walka. Pierwszy rząd żołnierzy Nazira zginęło na pikach, które przebijały ich ciała. Kolejni skakali po ich trupach do środka siejąc strach i spustoszenie. Wtedy łucznicy Nazira oddali salwę strzał, które wbijały się w zarówno w ich piechotę, jak i piechotę wroga. Spieszone wojsko rozpoczęło istną rzeź.

Król obejrzał się po swoich rycerzach, zerkając z daleka na trwającą bitwę. Podniósł miecz, krzyknął najgłośniej jak potrafił słowo „śmierć” i ruszył w stronę wroga. Jego żołnierze zrobili to samo. Lecz ich celem nie była piechota węży, a ich rycerstwo. Ominęli środek bitwy i jechali dalej. Wtedy Nazir wydał rozkaz, i jego kawaleria również ruszyła.

Kanir lekko się odchylił i zamachną, przecinając ciało wrogiego jeźdźca. Siła uderzeniowa rozcięła kolczugę i przecięła skórę, uszkadzając organy. Kolejny z wrogów chciał go przebić dzidą, ale król szybko to dostrzegł. Odbił broń wroga w górę, niszcząc tym samym drewnianą pałkę. Kolejne cięcie starca, przecięło gardło napastnika. Spokój króla nie trwał długo. Zatrzymał się, widząc swojego kolejnego przeciwnika. Jednooki Dexter, dzierżył potężny młot. Ruszył ku Kanirowi, zamachując się swoim młotem, i uderzając siwego mężczyznę, który w ostatniej chwili zasłonił się tarczą. Król, pod wypływem uderzenia, odleciał do tyłu, upadając na ziemi. Odkaszlną krwią i lekko się kiwając wstał. Dexter uśmiechnął się, chcą wykonać kolejną szarżę, ale Kanir odskoczył od nadjeżdżającego konia, i przeciął go wzdłuż. Zwierzę przewróciło się na ziemi, upadając wraz z jeźdźcem. Jednooki zaklną, wstając z ziemi.
         - Poddaj się królu! A twoja śmierć będzie szybka i bezbolesna!
          - Prędzej zginę niż się poddam!
         - Twój wybór! – wrzasnął Dexter wykonując wymach młotem. Atak ten wybił z rąk starca tarczę. Przy kolejnych zamachu, król odskoczył do tyłu, po czym z całą siłą ruszył do przodu. Jego miecz zagłębił się w brzuchu jednookiego. Dexter pluną krwią na twarz Kanira. Chwycił miecz i przybliżył się do napastnika. Ostatkiem sił uderzył króla czołem. Obydwaj runęli na ziemie, nie przytomni.


Nazir dumnie obserwował, jak jego żołnierzy walczą. Wiedział że to co właśnie się dzieje, jest symbolem jego wygranej. Przejeżdżał obok kilku trupów, kiedy na ziemi dostrzegł Dextera i króla. Zeskoczył z konia i zabrał koronę z głowy Kanira. Wskoczył na wierzchowca i wyciągnął ku niebu symbol władzy.
         - Wasz król, nie żyje! – krzyknął, a rycerze królewscy zamarli.

sobota, 20 czerwca 2015

"Wojna Rodzin" Rozdział XVII

Rozdział XVII
„Odór śmierci”

Hejo, wybaczcie mi, ale jak już pisałem miałem dużo nauki. - wzdycha - ciężko połączyć życie z pisaniem~
Ale jak widzicie, coś mi wyszło. Zapraszam na rozdział~
Lekki Pisarz All

         W całej cytadeli było słychać trąby. Bębniły dzwony. Wszyscy żołnierze biegali bo zamku, zabierając innych ludzi bądź też ekwipunek. Zabierali świeżo naostrzone miecze ze zbrojowni przy koszarach i ustawiali się na dziedzińcu. Słońce już zaszło, a jedyne oświetlenie to były pochodnie i jedno wielkie ognisko, sygnalizujące alarm. Istniała sieć ognisk na kamiennych wieżach rozmieszczonych po całym królestwie, by zapalić je w razie ataku. Jak widać wspólnie żołnierze spod sztandaru Gryfa i Szczura, musieli stanąć naprzeciwko armii Węża.

         W jednej z komnat, czterech rycerzy pomagało założyć królowi piękną płytową zbroje. Żołnierze z nich miał kolczugę z narzuconą na nią szatą. Złoty gryf przyodziewał każdą. Z trudem nałożyli każdy element zbroi. Król osobiście na plecy doczepił czerwony płaszcz. Spojrzał po swoich ludziach, którzy schylili głowy na znak oddania czci. Wyszedł wraz z nimi. Na korytarzu do Kanira podeszła Aria.
         - Panie, co się dzieje?
         - Moje dziecko, wojna!
         - Co z Ocarianem? Co z nim?
Król się zatrzymał i złapał kobietę za ramiona. Spojrzał chwile w jej zapłakane oczy. Westchnął ciężko i pocałował jej czoło.
         - Pilnuj dworu. Zostajesz nadzorczynią zamku i wszystkich jego mieszkańców. Akses! – zwrócił się do jednego z rycerzy. – Zawiadom o tym cały dwór!
Mężczyzna odpowiedział „tak jest!” pokłonił się i obiegł od nich. Król po chwili oddalił się zostawiając Arie w całkowitej niewiedzy. Kobieta mogła sobie pozwolić tylko na łkanie. Nikt nie wiedział gdzie Ocarian i jego chorągiew. Wyruszyli tydzień temu, od tego momentu wiedzieli tylko że był w mennicy. Dalej słuch za nim zaginął. Jakby nigdy nie istniał. Cicho załkała, co mogła innego zrobić?

         Król wraz z kolejnymi rycerzami wyszedł z głównego budynku. Spojrzał na zgromadzonych wojowników. Dziedziniec liczył dokładnie dwa tysiące piechurów i ośmiuset zbrojnych. Piechota była głównie mieszkańcami, chcącymi bronić swoich racji, praw bytu i po prostu oddający swe życie królowi. Zbrojni, byli wyszkolonymi rycerzami, jako jedyni poruszali się konno. W królewskiej cytadeli pozostawił jeszcze dwustu rycerzy, na wszelki wypadek. Stu spod sztandaru Szczura i tylu samo spod Królewskich flag. Król zasiadł na konia o czekoladowej maści. Miał na sobie narzucony skurzany pancerz. Kanir delikatnie poklepał go po pysku i wyciągnął miecz ku niebu.
         - Jak wiecie nie rzucam słów na wiatr! Nie wiem ilu z was wróci, ale na pewno ktoś to zrobi! Nie będzie niedobitkiem wojska! Będzie zwycięzcą! Podwajam żołd każdego z tu zebranych! - rozległy się wiwaty i okrzyki zadowolenia. – Ruszajmy więc gdzie węże będą z wilkami gnić!
         Aria stanęła na balkonie głównej komnaty. Uważnie obserwowała jak około trzech tysięcy ludzi opuszcza mury cytadeli. Nie trwało to krótko, albinoska uświadamiała sobie w dość przykry sposób, jak to miejsce jest przerażająco puste. Gdy zabrakło roześmianych ludzi, wspaniała królewska cytadela zamieniała się w ruinę. To było okropne. Tylu mężczyzn, wyruszało na spotkanie śmierci lub zwycięstwa. I to wszystko było spowodowane upodobaniem jednego człowieka. Doskonale pamiętała jego zielone włosy, chytre spojrzenie i ciągłe towarzyszenie Ocarianowi. Przez myśl przeszło jej jedna myśl.
         - A co jeśli… Ocarian przyłączył się do Nazira…?
         Król powołał sześciu dowódców, dzieląc tym samym cała armie na siedem części. Dwie liczące po dwustu pieszych łuczników. Nad nimi, dowództwo objęło dwóch braci. Rycerze Jaar i Krik. Obydwaj z rodu orła, rycerze spod królewskiej chorągwi. Kolejne dwa to liczące po sześciuset pieszych wojowników, uzbrojonych w włócznię i miecze. Każdy w kolczudze i szacie, odpowiadającej rodowi któremu służyli. W tym wypadku górował królewskie znaki. Dowodzenie nad nimi przejął Frikar z rodu spalonych wąsów i Pilow, z rodu owcy. Obydwaj rycerze spod sztandaru Gryfa. Natomiast rycerstwo podzielone na trzy oddziały, podlegały Otarowi z króleskich gwardzistów, Królowi i rycerzowi spod herbu Szczura, Kamruzowi Białemu.

Dla samego Kanira to była już ostateczność. Nie chciał wojny, ale przez jego złe decyzje do niej doprowadził. Doskonale wiedział, że powinien już dawno zabić Nazira. Że to nie jest dobry pomysł z izolacją dla niego. Jednak nie mógł się pogodzić z tym, że ten chłopak tak się zmienił. Zawsze był dwulicowy, ale nigdy nie spodziewał się zdrady z jego strony. Co więcej, nie mógł zrozumieć co się stało z Airenem i Ocarianem. Obaj zmężnieli ale, przez młodego Gryfa, prawie nie zginął Szczur. To było by niedopuszczalne w tych okolicznościach. Do tego Aria…

Nazir ubrany w płytową zbroje i doczepioną zieloną peleryną, prowadził wraz z Dexterem, i bliźniakami Aranem i Aronem całą swoją armie. Sześciuset pieszych łuczników, sześciuset ludzi z pospolitego ruszenia. Trzystu spieszonych rycerzy i czterystu konnych. Ich wojsko maszerowało od obozu, założonego przy dworze Węży, w kierunku stolicy. Królewska stolica była łakomym kąskiem, a Nazir, wierzył w swoją wygraną.
         - Panie… - odezwał się Aran. – Jesteś panie pewien, że otwarta bitwa jest właściwa? Wiele osób nie wie o co walczy…
         - Śmiesz podważać moje rozkazy? – zapytał zielonowłosy, z lekką irytacją w głosie.
         - Jakbym śmiał…
         - Twoje zdanie zostało odnotowane. Wracaj do szeregu!
         - Tak… jest… - Aran zrównał się z bratem. – Czy tylko ja czuje tutaj śmierć…?
         - Nie tylko ty… - odpowiedział szeptem.

sobota, 14 lutego 2015

"Wojna Rodzin" Rozdział XVI



Rozdział XVI
„Ta dziwna dziewczynka”

Taki trochę Walentynkowy Special, dodany minute przed północą!

Zdenerwowany Nazir siedział przed trupem swego ojca. Wpatrywał się w martwe, zaropiałe oczy dawnego węża. Cóż miał zrobić, dotychczas opiekował się Ocarianem, a on? Dorósł. To już nie jest ten chłopiec który trzymał go za rękę, gdy tylko się bał. Zielonowłosy wstał, zawołał po słoik do którego postanowił przelać oko gryfa. Doskonała pamiątka. Służący węża ukłonił się i już chciał wyjść kiedy Nazir go zatrzymał.
         - Zabrać te truchła, spalić je a popiół zasadzić! – rozkazał wychodząc z pomieszczenia. Pamięta jak dziś, gdy po raz pierwszy spotkał blondyna. A było to gdy mieli dwanaście lat…
*
         - Nazir, podejdź tutaj. – Powiedział Kellan, siadający przy ognisku. Dwunasto letni chłipiec dzielnie stanął przy swoim ojcu i uśmiechnął się tak, jak to potrafią tylko dzieci. – Jutro przyjedzie mój przyjaciel Orian di Ratto… umarła jego żona i matka jego dziecka. Chce żebyś zaopiekował się…
         - Panie! – zaraportował jeden z żołnierzy. Ogień słabo go oświetlał, ale Nazir doskonale widzuał jego zakrwawioną kolczugę. – Szpiedzy przy pańskim dworze!
         - Zabrać Nazira!
         - Ale tato…
         - Bez dyskusji!
         - D…dobrze…
*
         Zielonowłosego ojcobójcę powrócił do aktualnych wydarzeń, gdy do jego komnaty wszedł Aran. Uśmiechnął się przepraszająco i wprowadził za sobą jakąś grupę rycerzy. Mieli pełno płytowe zbroje, a ich przywódczyni, jak ustalił Nazir, miała żółty płaszcz. Jej włosy koloru jasnego blond, falowały i tonęły w kolorze jej peleryny. Uśmiechnęła się, tak strasznie znajomo dla Nazira… Jakby już to kiedyś przeżył.
         - Jestem Beeria, z rodu Ape. Oddajemy chorągwie w twoje ręce…
*
         Nazir stał przy ojcu, a raczej troszkę za nim. Tak nakazywała tradycja. Rozległo się pukanie a do komnaty weszło kilka osób. Na przodzie w pomarańczowej koszuli dobrze zbudowany mężczyzna. Jego broda była bujna, a włosy sięgały mu karku. Wszystko w kolorze blond. Miał dość łagodną twarz, jak na głowę rodu. Zielonowłosy przypatrzył się ich herbowi, ród Szczura… Za Orianem szła mniejsza postać. Bardzo drobnie zbudowana, o włosach sięgających ramion, tego samego koloru co ojciec. Nazir rozszerzył oczy i widząc tą kobiecą postać lekko się zarumienił. Zgodnie z zasadami ukłonił się, po czym zorientował się że jego ojciec popycha go do przodu.
         - Zaopiekuj się najmłodszym gościem, dobrze Nazirze?
         - T…tak ojcze…
         - Dobry chłopiec. – Kellan się uśmiechnął i poczochrał go po włosach. Głowy rodu przyszły do innego pomieszczenia, a w komnacie w której zazwyczaj Nazir się uczył został tylko on i bardzo zszokowana blondynka.
         - Witaj, jestem Nazir. – zielonowłosy wyciągnął dłoń w kierunku rozmówcy, ale blondynka natychmiast odskoczyła jak poparzona. Cicho pisnęła po czym wróciła do pionu. – Przepraszam… - odpowiedział niemal natychmiast Nazir.
         - Nie, to ja przepraszam…
         - Może coś zjesz, napijesz się? Zawołać służbę?
         - Nie… - pokręciła głową i posłała delikatny, przepraszający uśmiech.

         Zielonowłosy przez cały dzień kręcił się dookoła blondynki, bawiąc się z nią w przeróżne zabawy. A to ganiali się po ogrodzie, a to w spokoju siedzieli przy kominku rozmawiając o tematach, co tylko dzieci rozumiały. Ale Nazira męczyło kilka spraw. Chciał o nich porozmawiać.
         - Jak się czujesz? – zadał dyskretne pytanie.
         - Nie rozumiem…
         - Twoja mama… jaka ona była?
         - A… mama, zawsze mnie kochała i była miła.
         - A więc czemu umarła?
         - Tata mówi że wojna ją zabiła… mama jeździła po miastach ogarniętych walkami. Pomagała wraz ze służącymi biednej ludności…
         - Twoja matka naprawdę, była wielkim człowiekiem. – zielonowłosy zorientował się że to nie był najlepszy pomysł by o tym rozmawiać. Od razu się speszył. - Przepraszam ja!
         - Naprawdę, nie musisz przepraszać… - znów uśmiechnęła się a Nazir się zarumienił. Lekko się zbliżył do blondynki, a ta zareagowała na to dość spokojnie. Zielonowłosy w końcu pod impulsem chwili pocałował ją w usta. Dziewczynka się wystraszyła, ale gdy Nazir się odchylił i zarumienił, zaśmiała się cicho, po czym uciekła do Ojca, który posłał po nią jednego ze swoich ludzi. Nie widział on całego zajścia. Gdy Szczury znikły z posiadłości Węży, zielonowłosy podszedł do ojca.
         - Ojcze… czy mogę się z nią ożenić?
         - Z kim? – zdziwił się.
         - Z córką twojego przyjaciela…
         - Okrim ma syna, to był Ocarian. – zaśmiał się Kellan, a cały czerwony Nazir zniknął gdzieś na korytarzu, wybiegając z komnaty.
*
         - Witaj Beerio… - podsumował Nazir patrząc na rycerzy…

niedziela, 8 lutego 2015

"Wojna Rodzin" Rozdział XV



Rozdział XV
„Szczurza chorągwią jeździecka”

 ------------------------------------------------------------------------------------------
Tak, tak przepraszam, wiem że obiecałem na moim facebooku że rozdział będzie wczoraj... nie wyrobiłem się. Ale mam nadzieje że wam się spodoba. Ogólnie czemu coś takiego? Nie wiem... chyba żeby przydłużyć fabułę i trzymać się pierwotnego szkieletu.
Wasz lekki pisarz All~
-------------------------------------------------------------------------------------------

         Nazir po kilkunastu minutach odepchnął znowu głowę blondyna. Ten spojrzał na niego niczym zbity pies. Zielonowłosy przetarł łzy i znów usiadł, tym razem obok Ocariana. Spojrzał na odrażające otoczenie, po czym wrócił na Szczura, zatapiając się w jego niebieskich tęczówkach.
         - Chciałbym ci wybaczyć… żeby było jak dawniej. Jesteś… byłeś moim oczkiem w głowie. – uśmiechnął się, widząc że blondyn znów szykuje się do płaczu. – Ale nie potrafię…
         - Rozumiem… - skomentował jego wypowiedź. - … jest coś… cokolwiek, co mógłbym dla ciebie zrobić…?
         - Zabij króla…
Ocarian natychmiast wstał, zrzucając za sobą krzesło i spiorunował wzrokiem Nazira. Ten lekko się speszył, nigdy nie widział u niego takiego zachowania, nikt chyba nie widział.
         - Nigdy! – odpowiedział. – Nigdy nie zdradzę króla! Choćbyś miał przebaczyć mi wszystkie moje winy, a nawet ocalić świat! Obiecałem wierność koronie!
         - No to nic nie możesz zrobić… - podsumował. – Chcesz zostać na noc, dwie, trzy?
         - Wybacz… - jego twarz z groźnego grymasu przeszedł na przepraszający uśmiech. - … ale chyba lepiej będzie jak wyjadę… natychmiast…
         - No dobrze… jak chcesz…
         - Mam prośbę… - przerwał mu. – Oddaj mi Airena.
Zielonowłosy otworzył szeroko oczy i usta. Jego mały Ocarian dorósł szybciej niż myślał. Wie co chce, umie to powiedzieć, wręcz wydaje rozkazy. Niegdyś strachliwy, chowający się za jego cieniem chłopiec zamienia się w męża, ojca… może i coś więcej… Prowadzi chorągwie… a przynajmniej połowę chorągwi ze sobą w celu walki.
         - Oczywiście… - uśmiechnął się smutno i klasnął w słonie. Za bocznych drzwi wyłonił się Aron, trzymając pod pachą Airena. Jego czerwony strój doskonale maskował znajdującą się na niej krew. Którą zresztą w tym momencie blokował opatrunek. Czerwonowłosy oddał rannego szczurowi i zaklął widząc jak jego biała koszula przesiąknęła krwią. Nazir podszedł do nich i złapał głowę blondyna. Dokładnie za policzki i wyprostował ją, po czym się zbliżył i ucałował jego czoło. Uśmiechnął się boleśnie.
         - Masz moje błogosławieństwo. Uważaj, w mennicy jest mój człowiek.
         - Artur De Volpe?
         - Znasz go?
         - Tak, kazałem go zabić. Zginął stojąc naprzeciwko mnie, a potem aresztowałem jego ludzi.
Węża zamurowało. Uśmiechnął się jeszcze raz i odprowadził ich wzrokiem. Gdy tylko znikli z pola widzenia, a ich kroki zrobiły się cichsze, zielonowłosy usiadł przy ciele ojca. Położył jego gnijącą głowę przed sobą i zapytał.
         - Co teraz, tato? 

         Ocarian usadowił młodego Gryfa na koniu, prowadzonego przez jednego z najbardziej zaufanych jeźdźców, Karna. Mężczyzna ten był albinosem, kolejnym jakiego blondyn znał. Mimo iż siedział w pełnej zbroi, a przy ręku cały czas trzymał główkę miecza, miał bardzo charakterystyczne i spokojne lice. Jeździec przywiązał jednookiego do siebie i uśmiechnął się do swego pana. Ocarian odwzajemnił uśmiech. Blondyn często bawił się z Karnem za młodu, a teraz? Jeden jest głową, panem, a drugi, jego mieczem. We dwoje (troje) wyjechali naprzeciw reszty chorągwi i zaczęli ich prowadzić spokojnym tempem. Spojrzeli na swoje konie, co zawsze ich śmieszyło. Mimo iż nie spotykają się tak, jak zza młodu, to ich konie to rodzeni bracia. Dwa piękne orzechowe ogiery, a na ich grzbietach dwóch, równie pięknych jeźdźców i Airen.
         - Cieszę się że tu jesteś… - powiedział blondyn.  – …nie widziałem cię już dobre kilka miesięcy.
         - Zawsze jestem przy panu, taka rola miecza. – odpowiedział z uśmiechem. Wyjechali z terenów które były jeszcze w zasięgu wzroku rezydencji Węży i mijali puste, zielone pałacie terenu. Zapewne dawne pastwiska. Wypędzono pasterzy, ich zwierzynę zabrano a tu powstaną obozy wojskowe Wilków. To wszystko były już chyba zaplanowane przez Nazira i jego ludzi.
         - Mimo iż jesteś mieczem, jesteś moim przyjacielem… zresztą każdy tutaj jest moim przyjacielem! – krzyknął, a wszyscy za nim niemal jednogłośnie krzyknęli.
         - Wiwat Ocarian!
         - Cieszę się że jesteście ze mną!
         - Wiwat Ocarian! – powtórzyli
         - Nie Ocarian! – zaśmiał się pod nosem. – Szczury!
         - Wiwat Szczury! – krzyknął Karn.
         - Wiwat! – wszyscy się zaśmiali i ruszyli dalej. Prowadzeni przez kogoś kto nie traktował ich jak pionki do gry, tylko przyjaciół, mogli by w ogień skoczyć. Na szczęście już nie musieli nikogo gonić. Można powiedzieć że wygrali. Powoli zmieszali do celu, a słońce zachodziło coraz niżej, na spotkanie z horyzontem. 

         Chorągwia jeźdźców zatrzymała się dopiero przed wjazdem do lasu, a raczej zostali zatrzymani. Stary pasterz machał w ich stronę kijem, i nie chciał ich wpuścić.
         - Czemu nie pozwalasz nam przejść!? – zapytał blondyn, obserwując siwobrodego mężczyzny. Uderzył swoją laską w ziemie i krzyknął.
         - W lesie są demony! Zrzucając konnych! Zabijają ich! To kara Boska! – wykrzykiwał w niebogłosy. – Te szatańskie pomioty was pozabijają!
         - Nikt nie umrze! – Karn spojrzał na mężczyzn w pełno płytowych zbrojach, siedzących za nim. – Jest nas pięćdziesięciu dwóch, w tym większość ma ciężkie zbroje. Demony musiały by mieć pazury ostrości najdroższych mieczy, a i tak nie zabiją! – co prawda, chorągwią szczura miała jedne z najlepszych zbroi w całym państwie. Ich tereny wbrew pozorom były bardzo bogate, dlatego mogli sobie pozwolić na takie jednostki.
         - Biada wam! – krzyknął starzec, kiedy szczury przejechały obok niego. – Biada wam! – powtórzył, ale jego krzyki nie docierały już do uszu blondyna i albinosa. Ocarian zbliżył się do przyjaciela.
         - Myślisz że to o tych demonach to prawda?
         - Niewykluczone. Gdzieś tutaj przecież był „król Lasu”.
         - Jego podwładni? – zapytał obolały złotooki.
         - Być może, albo najeźdźcy…
         - Jedźmy już… - syknął blondyn, ale przerwał mu jeden z jego ludzi wysuwający się na przody.
         - Panie, ludzie są przemęczeni, konie też.
         - Ech, dwie godziny odpoczynku… albo zostajemy na noc!
Pięćdziesięciu dwóch mężczyzn zeszło z koni i zaczęło budować małe obozowisko.

         Wokół drzew pojawiły się namioty, a na miejscu starych spróchniałych konarów, stanęły ogniska. Ogień był tak dobrze kontrolowany, że nie rozchodził się po okolicznych roślinach, a dokładnie palił się w miejscu do tego wyznaczonym. Wojownicy podzielili się na wartowników, opiekunów koni, tych którzy mieli odpoczywać i zmianę dla warty. Ocarian spał wraz z Airenem i Karnem w pomarańczowym  namiocie. Gryf był w opłakanym stanie. Praktycznie padł na mate i usnął. Blondyn usiadł obok i spojrzał na Karna.
         - On musi się znaleźć u medyka. Jak najszybciej… - powiedział, przecierając szable ze złotą, ozdobną główkę na końcu rękojeści. – Musze postać go z kilkoma jeźdźcami…
         - Ale…? – zapytał po chwili albinos.
         - Jeśli pośle z min ciężkozbrojnych to mogą nie dojechać na czas. A z kolei lekkie jednostki są narażone na… - jego głos zadrżał lekko - … te demony.
         -Niech pan i dziesięciu jeźdźców pojedzie z Gryfem… - spojrzał na umęczone ciało mężczyzny. – Ja pojadę z resztą chorągwi. – teraz jego czerwone tęczówki zatrzymały się na szabli. – To broń de Volpa?
         - Tak, zabrałem gdy się poddawali… - zachwycił się ostrzem. – pierwsza pamiątka z pola bitwy… właściwie druga… - spojrzał na nogę – i pierwszego kogo skazałem na śmierć. – jego podziw znikł. - … mam jego krew na rękach.
         - Taka rola głowy. – uśmiechnął się. Złapał swoją sakwę i zaczął z niej wyjmować różne rzeczy. Buteleczki z jakimiś płynami, skrawki papieru. Aż w końcu wyciągnął poduszkę pod „delikatny” tyłek Ocariana. Podał ją mu, a blondyn kompletnie zaniemówił. Wziął fioletowy przedmiot i usiadł na nim.
         - D…dziękuje… - zarumienił się ze wstydu.
         - Pamiętam, że od dziecka masz delikatne siedzenie. – zaśmiał się, a niebieskooki był coraz bardziej zażenowany. 

         Pierwsze promyki oświetlały teren obozowiska, kiedy to Airen już dawno był przywiązany do konia Ocariana. Szczur przeleciał wzrokiem po swojej mieszanej grupie. Trzech ciężkozbrojnych i siedmiu lekkozbrojnych jeźdźców. Posłał łagodny uśmiech albinosowi i ruszył. Do Karna podbiegł jeden z wartowników.
         - W nocy było słychać jakieś ruchy w lesie…
         - Jakie ruchy!? – uniósł się.
         - Zwierzyna, watacha … dużych stworzeń…
         - Co to znaczy dużych…? Czemu nie mówisz mi takich rzeczy wcześniej?
         - Nie mogłem was znaleźć, a potem przypisano mnie do opieki nad końmi…
         - Dobra… zbierać się! – krzyknął albinos

Ocarian pędził ile sił w końskich kopytach. Drzewa przemykały niczym liście na wietrze. Jednak blondyn dostrzegł ruchy między nimi. Czarne masy przebiegły między grubymi konarami drzew, aż w końcu jakaś jednostka wyskoczyła na żołnierza Szczura. Ten runął na ziemie, a jego koń pojechał kawałek dalej, po czym się zatrzymał. Tą masą okazał się ogromny wilk. Większy co najmniej o połowę od zwykłego zwierzęcia tego gatunku. Mimo takiego rozmiaru doskonale było widać wszystkie jego wilcze cechy. Szczur spanikowany wcisnął metalowy karwasz prosto do pyska żądnej krwi zwierzyny. Ocarian przyśpieszył konia i wyciągając lśniącą szable. Wziął zamach i przeciął plecy wilka. Przerwany kręg kręgosłupa doprowadziło że czarne zwierzę zawyło z bólu i padł na jeźdźca. Ocarian machnął ręką, a dwóch innych żołnierzy natychmiast zeskoczyło na ziemie, pokrytą  jeszcze świeżą rosą. Podnieśli truchło, co raz patrząc z przerażeniem w stronę lasu, po czym zabrali lekko rannego szczura i ruszyli dalej, tym razem szybciej.

Ocarian znajdował się po środku całego szyku, otoczony przerażonymi przyjaciółmi . Wilko-podobne stwory co chwile przebiegały im drogę. Jak zdążyli naliczyć było ich jedenaście. Ale jeden z nich, największy, o białej maści, biegał wraz z trójką czarnych za nimi. Mogli się tylko domyślać że to on tutaj jest alfą. Ludzie byli przerażeni takim obrotem sprawy.
         - Słabo gryzą… - powiedział lekko poturbowany szczur. – Właściwie to kły mu się połamały na karwaszu…
         - Jak się zwiesz? – zapytał Ocarian.
         - Nafar, panie…
         - Dziękuje Nafarze… - blondyn posłał mu uspokajający uśmiech. Wojownik chciał odpowiedzieć, ale znów wyskoczył między nich wilk. Przewrócił konia kolejnego jeźdźca i rzucił mu się do szyi. Zwierzę podniosło oklapłe ciało mężczyzny i kolejnym skokiem znikło w lesie.
         - Ruszać się! Szybciej! Jak skoczą na was pamiętajcie, karwasz w pysk!
         - Tak jest! – żołnierze wyciągnęli miecze. Kierowanie koniem, przy takiej prędkości jedną ręką było już bardzo ryzykowne. Chcieli uciec z tego lasu, mając nadzieje że przeżyją.

Żołnierza na samym przodzie powaliło to zwierzę. Jego koń pojechał dalej, kiedy on leżał. Zgodnie z rozkazami wciskał karwasz prosto do pyska bestii. Wyjął sztylet po czym wbił go w czaszkę wilka . Natychmiast się podniósł, i chwile obserwował jak czarna bestia odeszła parę kroków i runęła z impetem na ziemie. Ostatni lekki jeździec w formacji podał mu rękę, poturbowany ją złapał i resztką sił wdrapał się na konia. Teraz jedenasto konna grupa zamieniła się w ośmiokonną jednostkę. Ocarian wsłuchiwał się w coraz słabszy oddech Gryfa. Nie chciał tutaj skończyć. Widząc jego roztargnienie, trzech ciężkozbrojnych zjechało na tyły. Rozejrzeli się i zawrócili konie.
         - Za Szczury! – krzyknęli i popędzili na białego potwora. – Za Ocariana!
         - Wracać tu! Idioci! – Blondyn powiedział to bardzo płaczliwym głosem. – proszę… - dodał po chwili ciszej. Jednak oni nie zareagowali. Już po chwili wjechali w wilki, za co one zareagowały tak samo. Wszystkie przy życiu osobniki skoczyły na trzech jeźdźców. Ocarian odwrócił wzrok, właśnie stracił kolejnych trzech przyjaciół. Na chwile stracili ogon, ale niestety po kilku minutach, niedobitki watahy wilków pojawiły się za nimi. Najprawdopodobniej w wyniku tego starcia, cztery czarne potwory poległy z rąk Szczurów. Ich pościg liczył teraz tylko pięć czarnych i jednego białego osobnika.
         - Na mój znak! Nawracamy i atakujemy je! – Ocarian wciągnął szablę i spojrzał na swoich ludzi. Ci z przerażeniem skinęli mu głową. Biały wilk jakby zrozumiał co się dzieje, spojrzał na niedobitków swej grupy, po czym jakby chciał coś powiedzieć, warknąć, ale blondyn podniósł rękę. Rozległ się dźwięk rogów, jakich ludzie zazwyczaj używali przy polowaniach, a konie zawróciły. Ocarian już znajdował się na samym przodzie szyku, tym samy rozpoczynając go. Gdy znajdował się z oddziałem tuż przed wilkami, w ślepiach wilka zobaczył coś jak…starach.